środa, 4 września 2019

Do czego służy taśma klejąca

   Bardzo często wszelkie wiadomości w telewizji czy w internecie przypominają mi, że coś podobnego mi się przydarzyło.
   Wiele lat temu podłogi w klasach mojej szkoły były wyłożone płytkami PCV, co sprawiało nam wiele problemów, bo płytki bez przerwy się odklejały i woźny nie nadążył ich przyklejać. Zresztą i tak znów się odklejały.
   Do szkoły miała przyjechać jakaś rządowa delegacja z wiceministrem oświaty na czele. Pani dyrektor wyznaczyła mój gabinet do zwiedzania, wszystko byłoby w porządku, bo gabinet miałam piękny, ale te nieszczęsne płytki odkleiły się przy samych drzwiach i obawiałam się, że gdy wiceminister na nie stanie, to może przejechać się pod samo okno i wylądować na kaloryferze.
   Wpadłam na genialny pomysł, aby płytki skleić taśmą klejącą. Na szczęście wiceminister przeżył, taśma się nie odkleiła, ale co ja przeżyłam, tego nie da się opisać.
   Okazuje się, że taśma klejąca  posłużyła też do sklejenia kadłuba lodołamacza budowanego w stoczni szczecińskiej.

 Na odebranie tego kadłuba przybył minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej, Marek Gróbarczyk. Ten odbiór wypadł dość śmiesznie, bo minister pociągnął za taśmę pod kadłubem i jakaś szmata spadła mu na głowę. Wnikliwi dziennikarze dostrzegli, że miejsca spawów były sklejone taśmą klejącą i zamalowane farbą taką samą, jaką pomalowany był kadłub.
   No cóż, tak to jest, gdy ktoś chce się zawczasu czymś pochwalić. "Mój" wiceminister nie przewiózł się na sklejonych płytkach, zaś minister Gróbarczyk, który przed październikowymi wyborami chciał się pochwalić nieskończonym kadłubem lodołamacza, ośmieszył siebie i  stocznię "Gryfia" w Szczecinie. Tylko czy winni są stoczniowcy, czy też chęć pokazania czegoś, co nie jest skończone?


Nawet puma się z tego śmieje. Aby było jasne, lodołamacz ma nosić nazwę "Puma"

środa, 28 sierpnia 2019

Komu przeszkadzają koguty?

   Najwyższy czas skończyć wakacje, bo nieco je przedłużyłam. Chyba na drugi dzień od mojego zniknięcia z blogów usłyszałam w telewizji informację o francuskim kogucie Maurycym, który stanął przed sądem.  Sąsiedzi właścicielki koguta uskarżali się, że  wczesne pianie jej pupila nie pozwala im się wyspać.


   Doskonale rozumiem sąsiadów, bo sama miałam do czynienia z wyjątkowym kogutem sąsiadów. Gdy jeszcze żyła moja mama i młodsza siostra, często kilka dni wakacji spędzałam w rodzinnym domu na wsi. Sąsiedzi z poddasza mieli trochę kur i dwa koguty, w tym jednego białego, niesamowitego fajtłapę.

 Owszem, spełniał swe kogucie obowiązki względem kur, czyli za nimi biegał, ale nigdy nie udawały mu się jego zapędy prokreacyjne. Akurat to mnie nie obchodziło, natomiast noc była upiorna, bo ten przygłupawy i niezdarny kogut od północy zaczynał piać co godzinę. Gdyby to jeszcze było pianie, ale było to chrapliwe skrzeczenie, które budziło wszystkie psy w promieniu kilometra. Koncert białego koguta i szczekanie psów były nie do zniesienia.
   Doskonale rozumiem, że na wsi żyją ludzie i domowe zwierzęta, jednak budzenie się co godzinę, bo kogucisko  miało źle nastawiony budzik, było dla mnie straszne. Po kilku nieprzespanych nocach zwróciłam się do sąsiada, aby w nocy zamykał gdzieś koguta, bo ja przez jego pianie muszę w upalne noce spać przy zamkniętym oknie.
   Na drugi dzień usłyszałam, że kogut już nie będzie mi przeszkadzał, bo jutro, czyli w niedzielę, trafi do rosołu. Trochę miałam wyrzuty sumienia, ale po jakimś czasie zapomniałam o tym. Przypomniał mi o tym francuski kogut Maurycy, który zyskał mnóstwo obrońców.
   Okazuje się, że nie tylko przeszkadzają ludziom żywe koguty, ale też namalowane. Tak było w słynnym Pcimiu. Proboszczowi w Pcimiu nie spodobał się kolorowy kogut na muralu, bo według duchownego wykonała go fundacja popierająca LGBT.
Dla proboszcza kogut był symbolem zdrady, choć w słowniku symboli Kopalińskiego jest napisane, że kogut "jest symbolem słońca, światła, świtu, czujności, Sędziego Świata, Chrystusa, zmartwychwstania, czasu, św. Piotra, zdrady, pokuty".
   Większość z nas pamięta koguta z porannego programu dla dzieci "Teleranek" i nie przypominam sobie, aby o tego biegnącego ptaka była jakaś awantura i kojarzono go z jakąś zdradą lub LGBT.

  
 Jak to czasy się zmieniają i każdy widzi to, co chce! 

 (zdjęcia muralu i koguta z Teleranka pożyczyłam z internetu)

Dopisek 29 sierpnia br.
Ktoś zniszczył mural, w wyrazie "gościnność" wykreślił "inność" i dorysował znak Polski Walczącej.

środa, 19 czerwca 2019

Robię sobie wakacje

      Gdybym jeszcze pracowała w szkole, dziś żegnałabym się z moimi uczniami i wracałabym do domu z ogromną wiązanką kwiatów. Jednak już dawno minęły te czasy, więc muszę sama robić sobie wakacje. Od dłuższego czasu na zachodzie Polski panuje niesamowity upał, aż nie chce się logicznie myśleć. Na dodatek dzieją się w naszym kraju potworne historie, o których aż strach pisać, a co dopiero komentować.
   Uprzedzam, że mam się dobrze, ale przez jakiś czas nie będę się odzywać na moim blogu, co nie znaczy, że nie będę zaglądać na zaprzyjaźnione blogi. 


   Życzę wszystkim internautom  miłego odpoczynku.

sobota, 8 czerwca 2019

Niedobrze, panie bobrze

   Wczoraj głównym tematem dnia był bóbr, a to za sprawą wypowiedzi ministra rolnictwa Jana Krzysztofa Ardanowskiego, który stwierdził, że bobry to zwierzęta jadalne i powinno się na nie polować. (Wydawało mi się, że bóbr jest pod częściową ochroną).
   Dorosłym na hasło "bóbr" przypomina się scena z "Krzyżaków", gdy Jagienka Zychówna wyciągała zabitego bobra z bagien. Dzieciom kojarzy się z licznymi bajeczkami, w których występują bobry.
   Po wystąpieniu ministra bóbr, a dokładnie jego ogon, będzie się kojarzył z z afrodyzjakiem:

 "- Teraz nie wiadomo, co z tym bobrem zrobić, nawet jakby się go upolowało. A jeszcze jak ludzie sobie przypomną, że płetwa bobra ma ponoć właściwości afrodyzjaków, to się może okazać, że i problem bobrów się niedługo skończy".
   Nie wiem, czy ktokolwiek z nas jadł jakąkolwiek potrawę z bobra, a tym bardziej jego ogon. Znawcy kuchni uważają, że mięso z bobra ma posmak rybi  i raczej nie przyjmie się na polskich stołach. Robert Makłowicz powiedział, że jadł ogon bobra i był obrzydliwy w smaku: galaretowaty i śmierdział zepsutą rybą.


  Z ciekawości przeczytałam w Wikipedii wszystko, co było napisane o bobrach i muszę stwierdzić, że była to ciekawa lektura, lecz ogony biednego bobra wcale nie są afrodyzjakiem, więc minister popełnił gafę.
   Dodam jeszcze, że mieszkałam w pobliżu rzeki Bóbr i często nad nią bywałam, gdy całą klasą szliśmy na wagary. Nigdy nie widziałam bobra, bo on raczej nie jest chętny do pokazywania się w dzień.


   Wiedzie bardzo ciekawy tryb życia; jego sadło bywa wykorzystywane do celów leczniczych. Uważany jest za szkodnika, bo swymi silnymi zębami ścina drzewa nawet o średnicy jednego metra, ale taka jest jego natura. Już wolałabym, aby na naszej działce bobry robiły zapory i budowały żeremia, niż niszczyły ją dziki, które w ubiegłym roku trzykrotnie zryły nam wszystkie trawniki.
   Ministrowi nie podobają się też żubry i chętnie by je widział na talerzu, bo dziki już tam trafiły. Na pewno nie zjadłabym żadnej potrawy ani z bobra, ani z żubra.
   Na szczęście wczoraj słyszałam wypowiedź premiera, że nie będzie traktowania bobrów jako zwierząt jadalnych i się uspokoiłam.

środa, 29 maja 2019

Dlaczego warto być europosłem?

   Już znamy wyniki do Parlamentu Europejskiego, wiemy, kto z licznych kandydatów pojedzie do Brukseli, a kto zostanie w Polsce.
   Dlaczego tak bardzo wszyscy chcieli zostać europarlamentarzystami?  Na pewno niektórzy dla idei, ale jak wiemy "pecunia non olet", więc inni dla ogromnych pieniędzy. 
   Przez całą kadencję europoseł zarabia 1,7 miliona  złotych na rękę, ale to nie wszystko, bo do tego dochodzą diety i dodatki. Co miesiąc na konto europosła wpływa ponad 37 tysięcy złotych, do tego dochodzi dieta mieszkaniowa i darmowe podróże.

 Takie pieniądze nie mieszczą się w głowie zwykłemu Kowalskiemu, podejrzewam, że nawet nie wiedziałby, co z nimi zrobić.
Oprócz tego za każdy dzień pracy w Brukseli lub Strasburgu eurodeputowany dostaje  320 euro dziennie. Warunkiem jest jedynie podpisanie listy obecności. Nieważne, co będzie robił , czy słuchał, głosował, czy też się nudził. Jeśli posiedzenie jest poza terenem Unii, deputowany otrzymuje dietę w wysokości 160 euro, ale nie płaci już za hotel.
   Za wynajem biura, koszty jego wynajmu i prowadzenia, rachunki telefoniczne, sprzęt komputerowy oraz koszty reprezentacyjne europoseł dostaje 4513 euro.

 Europosłowie mogą też wynająć asystentów, bo przecież sami nie są alfą i omegą. Dostają na to prawie 25 tysięcy euro miesięcznie. Do tego dochodzą darmowe podróże  wszelkimi środkami lokomocji, to kwota 4454 euro miesięcznie.
   Trochę już mąci mi się w głowie od  tych liczb. Dodam jeszcze, że każdy europoseł po ukończenie 63 lat ma prawo do unijnej emerytury. Po pięcioletniej kadencji europoseł  będzie dostawać 1530 euro miesięcznie.
   Jednak to nie wszystko, europoseł, który po swej kadencji odchodzi z PE, dostanie sowitą odprawę- od  150 tysięcy złotych do 600 tysięcy złotych.
   Jeśli komuś namieszałam w głowie tymi złotówkami  i euro, można spokojnie przestudiować dwa artykuły, z których czerpałam wiedzę TU i TU.
   Wnioski, jakie wyciągnęłam  z powyższych tekstów, nasuwają się same. Warto bić się o wejście do Parlamentu Europejskiego.

wtorek, 21 maja 2019

Kupować czy nie kupować? Oto jest pytanie

   Rzadko z mężem jemy poza domem. Przeważnie gotujemy w domu to, co lubimy i wiemy, że jest zdrowe, świeże i smaczne.
   Chyba każdy dostrzegł wzrost cen pieczywa; chleb, który my jemy, podrożał przez rok o złotówkę. Nie wspomnę już o wzroście benzyny, ropy naftowej i gazu.
   Wszyscy wiemy, jaka w ubiegłym roku była susza, co w tym roku odbiło się na cenach warzyw korzeniowych. Jeśli ktoś wczoraj oglądał reportaż, bodajże w TVN, to zobaczył, że kilogram pietruszki kosztuje 20 złotych, a młodych ziemniaków 8,50 złotych za kilogram.

 Chyba żadna gospodyni nie potrafi ugotować obiadu bez warzyw, przynajmniej ja tego nie umiem. Lubimy zupy, ale same przyprawy nie zastąpią świeżych warzyw. Nie zjem ugotowanej pietruszki, ale po ugotowaniu ścieram ją na tarce. Jak ugotować obiad bez ziemniaków, do których jesteśmy przyzwyczajeni od dziecka. 

 Na działce co roku sadzimy kilka redlinek ziemniaków i o ile nie wykopią je dziki, jak to było w ubiegłym roku lub nie ukradną złodzieje, to starczają nam na kilka tygodni. Siejemy dużo rzodkiewki i sałaty oraz sadzimy fasolkę szparagową, którą uwielbiamy. Mąż sadzi też cebulę dymkę, która w tym roku ma kosztować 5 złotych, a więc podrożeje o połowę. Dziś ukiszona młoda kapusta na naszym rynku kosztowała 15 zł za kilogram, na szczęście nie kupujemy jej na kilogramy tylko na dekagramy.

 Warzywa na straganie aż się do nas uśmiechają, tylko czy wszystkich będzie stać na ich kupno. Postanowiłam przeczekać to cenowe szaleństwo ziemniaków i do drugiego dania podaję bardzo zdrową kaszę bulgur oraz czarny, niemniej zdrowy ryż, który dziś przypaliłam, ale garnek udało się domyć. 

 Zaczyna się sezon truskawkowy i czytałam, że te zdrowe i smaczne owoce są po 15 złotych za kilogram. Oby tylko staniały.

Ale to jeszcze nie tragedia, gorzej jest z czereśniami i wiśniami, bo te kosztują 70 złotych za kilogram. Niestety, zlikwidowaliśmy na działce nasze truskawki i wycięliśmy ogromne drzewo czereśniowe, bo wszystkie czereśnie przez dwa lata miały w środku białe robaczki. 

Mąż posadził dwie nowe czereśnie, ale jeszcze nie mają owoców. Całe szczęście, że zeszłoroczne upały sprzyjały jabłkom, które były rumiane, słodkie i soczyste, takie jak lubię. Codziennie zjadałam po dwa jabłka, bo przede wszystkim były bardzo tanie. Nikt chyba sobie nie wyobrażał, że kilogram jabłek będzie tańszy od kilograma ziemniaków.
   Widzę, że się rozpisałam, ale boli mnie to, że Polacy będą musieli zrezygnować z wielu warzyw i owoców.

sobota, 18 maja 2019

Sprawiedliwości stało się zadość

      Przeważnie piszę post wtedy, gdy coś mnie porusza bądź wzrusza. Bywa, że coś jest bardzo drastyczne lub niesmaczne, więc wstrzymuję się od napisania o tym, bo wcześniej muszę sprawę przemyśleć i zdobyć więcej wiedzy na temat.
   O "Tańcu z gwiazdami", a konkretnie o niewidomej biegaczce, Joannie Mazur, pisałam niedawno. Nie ukrywam, że była moją i męża faworytką do otrzymania Kryształowej Kuli. W ubiegły piątek bardzo dobrze tańczyła również Tamara Gonzalez Perea i sądziliśmy, że to Joanna i Tamara znajdą się w finale. Jednak stało się inaczej: Tamara odpadła, a rywalem Joanny w finale został Tomasz Gimper Działowy, o którym nigdy nie słyszałam w przeciwieństwie do wielu internautów. Mężczyzna niewątpliwie sympatyczny i inteligentny, ale żaden z niego tancerz. "Taniec z gwiazdami" oglądam od drugiego odcinka (jeszcze w TVN), więc nieco wiem, jak trzeba tańczyć, aby zasłużyć na laury.

Okazało się, że na Gimpera oddawali głosy ci, którzy oglądają jego programy na You Tube i dlatego bez problemów przechodził z jednego odcinka do drugiego. Sprzyjał mu też system bezpłatnego głosowania w internecie. Gdy odpadła Tamara, od razu powiedziałam mężowi, że jeśli dalej będą przez internet głosowali za darmo wielbiciele Gimpera, to Joanka, jak ją nazywa Jan Kliment, może nie zdobyć Kryształowej Kuli, która jej się należy. Mąż oznajmił, że w takim razie przestaje oglądać ten program i Polsat straci jednego z oglądających reklamy.
   Każdy z zawodników zatańczył po trzy tańce. Według jurorów bezkonkurencyjna była Joanna Mazur. Jednak to była tylko ich sugestia, bo decydowały głosy widzów.

Z poprzednich tańców Joanny i Jana najbardziej podobał mi się ten, gdy niewidoma Joanna przeskakiwała przez leżącego Jana. Wczoraj do łez wzruszył mnie ostatni taniec tej pary, gdy Joanna szła wśród popychającego ją tłumu, a gdy upadła, ktoś najpierw wyciągnął rękę, aby ją podnieść, ale w ostateczności zrezygnował i kobieta na próżno czekała na pomocną dłoń. Oczywiście podniósł ją jej partner, któremu Joanka założyła czarną opaskę na oczy i oboje tańczyli na oślep.
   Ten taniec pokazał nam, jak czują się ludzie, którzy są pozbawieni wzroku.

(wszystkie zdjęcia z internetu)

   Po bardzo długiej  przerwie wypełnionej reklamami ogłoszono werdykt. Głosami widzów wygrała Joanna Mazur z partnerującym jej Janem Klimentem.
   Byliśmy z mężem usatysfakcjonowani, bo Kryształowa Kula należała się Joannie. Dziś czytałam, że wielbiciele Gimpera zaczęli się awanturować, że zwycięstwo było ustawione.
   Jednak trzeba głosować uczciwie, zwyciężyć powinien ten, kto na to zasługuje, a nie ten, kto ma bardzo dużo fanów.
   W przyszłą niedzielę pójdziemy wybierać kandydatów do Parlamentu Europejskiego i ciekawa jestem, czy wygrają ci, którzy na to zasłużyli, czy ci, którzy robią dużo szumu wokół swojej osoby.
   My z mężem już wiemy, kto dostanie nasze głosy, nie będzie to ta sama osoba, choć z tego samego ugrupowania.

wtorek, 7 maja 2019

Nareszcie urodziła!

   Od pewnego czasu portale internetowe fascynują się celebrytkami, które są w ciąży. Podejrzewam, że z tego powodu niektóre z nich postanawiają urodzić dziecko, aby o nich pisano.
   Schemat jest podobny: może jest w ciąży, na pewno jest w ciąży, przyznaje się, że jest w ciąży, rośnie jej brzuch, zakłada obcisłe sukienki i trzyma się za powiększający się brzuch, ile czasu do rozwiązania, pojechała na porodówkę, czy już urodziła, chłopca czy dziewczynkę, a może bliźnięta, jakie dziecko będzie mieć imię, czy je pokaże, jaki wózek kupiła itd.

   Każda z celebrytek czuje się jak księżna Wielkiej Brytanii, bo przecież osiągnęła to, co zamierzała- PISZĄ O NIEJ! Czekają, aż pokaże kawalątek swego dziecka, może rączkę, może nóżkę.
 Zachwyceni fani (bo obowiązkowo każda celebrytka musi mieć fanów) w komentarzach zachwycają się, patrząc na rączkę czy nóżkę, że noworodek to wykapana mama lub wykapany tata.
   Nie ma się co dziwić, że każda młoda dziewczyna chce wyjść za mąż i mieć słodkie niemowlę, choć w obecnych czasach nie jest to takie proste. 
   Przez ostatnie miesiące bez przerwy czytałam na portalu Onetu na temat ciężarnej księżnej Meghan Markle. Wszyscy Brytyjczycy oszaleli na jej punkcie, snuto różne przypuszczenia, czy Meghan w ogóle jest w ciąży, czy brzuch jest prawdziwy.
   Mnie denerwowały te obcisłe sukienki i bardzo wysokie szpilki. Może jestem staroświecka, ale za moich czasów ciężarne kobiety nie epatowały nikogo obcisłymi sukienkami. Na szczęście moja sąsiadka i jednocześnie przyjaciółka była krawcową i to ona szyła mi piękne sukienki, specjalne spodnie i tuniki do nich. Nigdy też nie nosiłam szpilek. Sukienki przekazywałam kobietom w rodzinie, które były szczęśliwe z tego powodu.
   Nareszcie wczoraj buchnęła informacja, że księżna Meghan urodziła syna kilka dni po terminie. Teraz zaczęły się zakłady, jak dziecko będzie mieć na imię. W czołówce jest Artur i Aleksander, a może obydwa imiona, bo w rodzinie królewskiej dzieci mają po kilka imion. Chłopczyk jest siódmy w kolejce do tronu i już ma ogromną fortunę.
   Marzę o tym, aby książęta Sussex jak najszybciej pokazali syna i Brytyjczycy przestali wariować na tle kolejnego royal baby.
   Jakoś nie denerwowały mnie ciąże i porody księżnej Kate, bo zachowywała się normalnie, a nie jak amerykańska aktorka.

niedziela, 28 kwietnia 2019

Fińska edukacja

   Strajk nauczycieli w Polsce został zawieszony do września. Czy po wakacjach uczniowie pójdą do szkoły? Nie wiadomo. Na pewno z przyjemnością poszliby do szkoły w Finlandii, bo tam nauka nie jest obciążeniem dla uczniów i przynosi znakomite efekty. 

   Już od dawna wiedziałam, że uczniowie fińscy wykazują się najwyższym wskaźnikiem wiedzy. Z ciekawością o systemie fińskiej edukacji przeczytałam w tym oto artykule, z którego korzystałam w moim poście. 

1. Prace domowe są niestandardowe, np. przeprowadzenie wywiadu z dziadkami lub zebranie informacji w terenie. Dzieci nie muszą ślęczeć nad zeszytami i do późnej nocy rozwiązywać nudnych zadania czy ćwiczeń.

2. Polscy uczniowie pracują po to, aby zdać dobrze test, fińscy uczą się samodzielnego myślenia. 

3. Wakacje trwają w Finlandii 11 tygodni i uczniowie w szkole spędzają 706 godzin,  w Polsce 746. Dzięki temu młodzi Finowie są mniej przemęczeni i mają lepsze wyniki w nauce.

4. System fiński stara się wyeliminować współzawodnictwo, między innymi przez likwidację egzaminów do 16 roku życia. Nie ma podziałów na szkoły lepsze i gorsze. Większość szkół jest państwowa, jednocześnie bezpłatna.

5. "Nie tylko szkoły są bezpłatne. Uczniowie nie muszą także płacić za posiłki na stołówkach, dojazd do szkoły (jeżeli szkoła jest oddalona o więcej niż dwa kilometry), za wizyty w muzeach i zajęcia dodatkowe. Bezpłatne są także książki, zeszyty, kredki, długopisy, kalkulatory. Szkoła oferuje nawet bezpłatny dostęp do laptopów oraz tabletów".

6. "Dla każdego ucznia projektuje się indywidualny plan nauki i rozwoju. Każdy uczeń ma dostosowane pod swoje możliwości książki, zadania i ćwiczenia. Dziecko jest oceniane na podstawie poziomu, jaki reprezentuje".

7. W Finlandii nie istnieją płatne korepetycja, a nawet są zakazane. Gdy nauczyciel widzi, że uczeń potrzebuje pomocy, to ma obowiązek mu jej udzielić.

8. "Nauczyciel w Finlandii jest zawodem prestiżowym (cieszy się większym prestiżem niż zawód lekarza). Trudno jest się dostać na studia pedagogiczne w Finlandii. Nauczyciele mają obowiązek przechodzić regularne szkolenia, w całości finansowane przez państwo. Fińscy nauczyciele pracują cztery godziny dziennie, dwie godziny tygodniowo przeznaczają na rozwój zawodowy".

Może by tak polski minister edukacji, ale już nie Anna Zalewska, bo ta będzie brylować w Brukseli i kupować oryginalne maślane ciasteczka dla najmłodszego syna Joachima Brudzińskiego, zasiadł do stołu, niekoniecznie okrągłego, z najbardziej doświadczonymi nauczycielami i rozpoczął reformę polskiego szkolnictwa, aby skończyły się testy od pierwszej klasy podstawówki, a nauka w szkole zaczęła być dla uczniów przyjemnością, a nie katorgą



wtorek, 16 kwietnia 2019

Tragedia w Paryżu

   Wczoraj z niedowierzaniem patrzyłam w ekran telewizora, bo płonęła katedra Notre-Dame- symbol Paryża. Nikomu chyba nie przyszłoby do głowy, że ten cudowny zabytek sprzed stuleci może spłonąć.
   Oglądałam do późnej nocy, dopóki czerwona łuna nie ustąpiła. Okazało się, że ludzie z całego świata już zaczęli wpłacać pieniądze na odbudowę katedry, bo bez niej Paryż nie może istnieć.
   Byłam w Paryżu i zwiedzałam katedrę, którą byłam zachwycona, bo czegoś tak pięknego i monumentalnego wcześniej nie widziałam.  Po wyjściu z autokaru kolega zrobił mi zdjęcie na tle tej budowli, jednak obcięłam dół fotografii, bo oprócz mnie widać tam moje koleżanki i nie wiem, czy one życzyłyby sobie widnieć na moim blogu.


Nie jest to wejście główne, ale widać nad nim piękną rozetę, która na pewno uległa zniszczeniu podczas wczorajszego tragicznego pożaru.
   Wnętrze katedry zrobiło na wszystkich niesamowite wrażenie. Zwiedzałam ją z moim dyrektorem  szkoły i bez przerwy dzieliliśmy się uwagami, a także próbowaliśmy wspólnie tłumaczyć napisy. Dziwne, ale pomogła mi w tym dobra znajomość łaciny.
   Po wyjściu z katedry(głównym wyjściem) ze zdziwieniem patrzyłam na jakieś zawody młodzieży w jeździe na wrotkach i deskorolkach. W Polsce byłoby nie do pomyślenia, aby takie hałaśliwe zawody odbywały się przed jakimkolwiek kościołem.
   Dziś dowiedziałam się, że  mury katedry zostały uratowane, choć są w opłakanym stanie i miną dziesięciolecia, zanim uda się je odbudować.
   Wszelkie informacje na temat katedry można znaleźć w internecie, więc nie będę o nich pisać.

sobota, 13 kwietnia 2019

W Polsce są dobrzy i współczujący ludzie

   Ten post miałam napisać tydzień temu, ale jeszcze się wstrzymałam i dobrze zrobiłam.
   Lubię w piątki oglądać "Taniec z gwiazdami" i tę edycję też oglądam. Wśród "gwiazd" jest niewidoma biegaczka, Joanna Mazur, która tańczy z Janem Klimentem, wspaniałym czeskim tancerzem.
   W poprzednim tygodniu zobaczyliśmy, w jakich warunkach mieszka niepełnosprawna multimedalistka mistrzostw świata i Europy oraz uczestniczka Letnich Igrzysk Paraolimpijskich 2018 roku. Joanna musi biegać z przewodnikiem, bo inaczej nie dałaby rady biec po wyznaczonym torze, którego przecież nie widzi.
   Kobieta wcześnie straciła wzrok i mając czternaście lat przeprowadziła się do specjalistycznej szkoły dla niedowidzących i niewidzących. Zamieszkała w internacie, w którym mieszka do tej pory. Pokazała Janowi Klimentowi swój skromny pokoik, w którym jeszcze do niedawna mieszkała z dwiema koleżankami. W pomieszczeniu nie było toalety i prysznica, łazienka znajdowała się na korytarzu.
   I Jan Kliment, i jurorzy nie mogli uwierzyć, że tak zasłużona dla polskiego sportu paraolimpijka nie mieszka w godziwych warunkach. Iwona Pavlović się popłakała, zaś Andrzej Grabowski nie przebierał w słowach.
   Jeśli ktoś nie ogląda "Tańca z gwiazdami" , może o tym przeczytać TU, z tej strony pożyczyłam też poniższe zdjęcie, na którym widać piękną Joannę,  przyjmującą klucz do apartamentu w Krakowie od dewelopera Zbigniewa Jakubasa.


   Przez wszystkie  poprzednie odcinki z ciekawością oglądałam taniec Joanny, która nigdy nie widziała żadnego z tańców. Na parkiecie poruszała się wdzięcznie i rytmicznie, a przecież nie widziała swego partnera.  Za każdym razem jej taniec i ocena jurorów wywoływały  we mnie łzy.


   Przez ostatni tydzień Polacy zebrali 300 tysięcy złotych na polepszenie  warunków życia naszej niewidomej biegaczki. Jednak też odezwały się głosy potępienia, że Joanna się skarży na swój los, a przecież od instytucji sportowych otrzymuje pieniądze.
  Najbardziej zabolała mnie informacja, że Joanna w szkole była wyzywana przez kolegów, na dodatek rzucano jej pod nogi teczki, których nie widziała i się o nie potykała. Przypomniała mi się z dawnych czasów pewna Jola chorująca na łamliwość kości, po którą codziennie przychodziły koleżanki i prowadziły do szkoły, a potem odprowadzały do domu. Zawsze podczas przerwy zostawiałam Jolę z jakąś koleżanką w klasie, bo bałam się, że może się przewrócić. Jednak to były inne czasy i dzieci nie były tak okrutne.
   Jan Kliment powiedział piękne zdanie, że podoba mu się Polska, bo mieszkają tu dobrzy i współczujący ludzie, tacy jak krakowski przedsiębiorca.
   Życzę pani Joannie Mazur jak najdłuższego udziału w "Tańcu z gwiazdami", a po wakacjach zamieszkania w pięknym apartamencie ze słonecznym tarasem i wszelkimi wygodami. Myślę, że jeszcze długo będzie zdobywać medale dla Polski. 
 

niedziela, 7 kwietnia 2019

Krowy i tuczniki kontra nauczyciele

   Przed wyborami każda partia zabiega o głosy wyborców. Wczoraj w miejscowości Kadzidło odbyła się konwencja PiS-u, podczas której rolnicy z ust prezesa Kaczyńskiego dowiedzieli się, że dostaną "Najmniej 100 złotych od jednego tucznika i 500 zł od jednej krowy, ale może być więcej." Ciekawa jestem, jak się poczuli rodzice niepełnosprawnych dzieci i nauczyciele, którzy nie mogą wywalczyć pieniędzy.
Faktem jest, że te pieniądze pochodziłyby z funduszy Unii Europejskiej, bo i tak rolnicy je dostają. Zaczęłam się zastanawiać, czy na krowy i świnie te pieniądze przypadałyby co miesiąc, jak na dzieci, czy też jednorazowo. A co z pozostałymi zwierzętami, które również są w każdym gospodarstwie. W czym mają być gorsze owce, kozy, lamy, drób?
Dlaczego mają być faworyzowane jedynie krowy i świnie? 

Wczoraj w "Szkle kontaktowym" pani Katarzyna Kasia zwróciła uwagę na złe sformułowanie: "100 złotych od jednego tucznika i 500 złotych od jednej krowy". Gdyby się zastanowić, wychodzi na to, że krowa ma płacić rolnikowi 500 złotych, a tucznik 100 złotych. Ale nie ma się co czepiać, bo w ferworze przemówienia można takie lapsusy popełniać.
   Do 18 roku życia mieszkałam na wsi, moi rodzice zawsze mieli krowę i parkę świnek oraz trochę kur i faktem jest, że mama sprzedawała mleko sąsiadom, więc jak gdyby krowa na siebie zarabiała. To samo było ze świnkami, bo po uboju dawało się mięso czy wędliny sąsiadom, a z kolei gdy oni zabijali swe świnie, to oddawali nam mięso i wędliny.
   Nie wiem, czy PiS, który uważa się za partię wszystkich Polaków, a szczególnie za partię polskiej wsi, odbierze głosy PSL-owi- partii chłopskiej.
  Żałuję jedynie, że my, którzy przez okrągły rok dokarmiamy koty mieszkające na działkach, nie dostaniemy na nie ani grosza.


wtorek, 2 kwietnia 2019

Książki płoną na stosie w ...Polsce

   Wczoraj moja przyjaciółka z Poznania, z którą prawie codziennie rozmawiamy przez telefon, spytała mnie, czy palenie książek przed jednym z gdańskich kościołów to żart primaaprilisowy lub fake news. Podobnie zapytał mnie mój syn, któremu posłałam na GG linka z tą informacją: "Czy to nie żart z tymi książkami?"
   Bardzo bym chciała, aby to był tylko głupi żart, ale zostało to oficjalnie potwierdzone przez wiele stacji telewizyjnych.
   Na rozpalonym stosie znalazły się książki, które bardzo dobrze znam- "Harry Potter"  J.K. Rowling i "Zmierzch" Stephenie Meyer. Wszystkie części o Harrym przeczytałam, gdyż musiałam wiedzieć, dlaczego moje dziewczęta z ósmej klasy są tak zafascynowane przygodami młodego czarodzieja i jego kolegów. Książki pożyczała mi moja uczennica, ale musiałam po nie stać w kolejce, bo przede mną zawsze było kilka osób chętnych do czytania.
   Z kolei powieść "Zmierzch" i jej dalsze części wypożyczałam z osiedlowej biblioteki i czytaliśmy razem z mężem, ale też musiałam zapisywać się do kolejki chętnych. 
  
Gdy zostały sfilmowane przygody Harrego, tylko ja kilkakrotnie je oglądałam, zaś przygody wampirów i wilkołaków ze "Zmierzchu"oglądaliśmy razem z mężem. Żadne z nas nie wierzy w czary oraz różne nadprzyrodzone stwory i nikomu z nas nie przyszłoby do głowy, aby traktować je poważnie.
   Wszyscy w dzieciństwie czytaliśmy baśnie, w których roiło się od czarownic, czarodziejskich różdżek i chyba też nie wierzyliśmy w żadne dobre i złe zaklęcia. Nie wiem, czy jakieś dziecko wierzyło w Babę Jagę. Kto  z nas nie czytał baśni braci Grimm czy cudownych baśni Andersena oraz Charlesa Perraulta albo naszej "Sierotki Marysi"? Jeśli ktoś tego nie zna, to mu współczuję, bo wiele stracił. Przygody Harry'go Pottera oraz Belli i Edwarda to też baśnie, lecz dla starszych i tak trzeba je traktować.
   Dziwne, że Kościół nie zakazał czytania "Opowieści z Narnii", bo tam też roi się od dziwnych stworów i magii. Była to lektura mojej wnuczki, dlatego przeczytałam wszystkie części, a potem obejrzałam adaptację filmową.
   Oprócz książek  na kościelnym stosie znalazły się różne "talizmany" oraz figurki kojarzące się z innymi religiami niż katolicyzm. W portmonetce mam kilka takich talizmanów, przede wszystkim kamień mojego znaku zodiaku, dwie wycięte monety chińskie, egipski krzyż anch, a także figurkę św. Antoniego kupioną w sklepie Caritasu.
   Czy to mi w czymś pomaga? Nie mam pojęcia. Od razu dodam, że przeczytałam całą Biblię Tysiąclecia, którą mam na półce w mojej biblioteczce, jest to grube tomisko w czarnej oprawie. Do egzaminu z historii literatury powinnam przeczytać jedynie "Pieśń nad pieśniami" i  Ewangelię według św. Jana. Jednak przeczytałam całą Biblię, o czym na egzaminie dyskutowałam z moim profesorem, który mnie podziwiał.
   W takim razie nie miałabym czego dać księżom i ministrantom na spalenie, bo wszystko cenię i szanuję. Poza tym uczyłam się o indeksie ksiąg zakazanych oraz o paleniu książek w Niemczech w 1933 roku. Te dwa wydarzenia uważam za niechlubne w dziejach Europy. Przykre, że dołączyła do tego Polska.

wtorek, 26 marca 2019

Co dalej z niedzielami handlowymi?

   Wszyscy pamiętamy, jakie zamieszanie spowodowała decyzja Solidarności i rządu o niedzielach handlowych i niehandlowych. Według Piotra Dudy i Alfreda Bujary, zajmującego się w NSZZ Solidarności handlem, najwięcej miały na tym zyskać małe polskie firmy rodzinne.
 Długo trwały dyskusje, jakie placówki mogą być otwarte, a jakie zamknięte. Pisałam o tym->TU. Nastąpił ogólny bałagan, bo nie dość, że nikt nie wiedział, czy akurat jest niedziela handlowa, czy też nie, to jeszcze markety chciały przechytrzyć pomysłodawców, aby tylko pracować w każdą niedzielę.  Markety i dyskonty wabiły klientów, aby robili zakupy w sobotę poprzedzająca niehandlową niedzielę. Wynikał z tego nadmiar niepotrzebnych zakupów, które później lądowały w śmietnikach.
 Jak się po pewnym czasie okazało, na zakazie handlu w niedzielę zyskiwali najwięksi, a małe sklepiki podupadały i wreszcie doszło do tego, że najmniejsi musieli zlikwidować swe sklepiki, szczególnie ci, którzy mieli je w galeriach handlowych. Jeśli market nie był otwarty, to ludzie nie zaglądali też do galerii. W Polsce jest taki zwyczaj, że po niedzielnej mszy tłumnie rusza się do centrum handlowego, a przy okazji wchodzi się do sklepików w galerii.
   Niedawno czytałam o ciekawym ogłoszeniu w Poznaniu, że zatrudni się chętnych do robienia sztucznego tłumu w i przed sklepikami w galeriach. Za godzinę płacono 21,50 zł brutto. Oczywiście chętnych nie brakowało. Teraz już się domyśliłam, skąd takie dziwne ogłoszenie, skoro przez zakaz niedzielnego handlu upadło między 14 a 20 tysięcy małych sklepików. 
 Wczoraj żalił się słynny producent lodów, że traci na niehandlowych niedzielach, bo swoje lodziarnie i ciastkarnie ma przeważnie w wielkich centrach handlowych i teraz pies z kulawą nogą w niedzielę tam nie zajrzy.
   Nareszcie rząd dostrzegł problem i zaczął się zastanawiać, co z tym fantem zrobić. Ciekawa jestem, co wymyśli minister  przedsiębiorczości i technologii, Jadwiga Emilewicz, bo na razie chce sprawdzić średnie paragony piątkowe i poniedziałkowe. Powinna też zajrzeć do śmietników, aby zobaczyć, ile niepotrzebnie kupionej żywności się marnuje.
   Najprawdopodobniej rząd wróci do poprzedniego roku i tylko dwie niedziele w miesiącu  będą niehandlowe.

czwartek, 21 marca 2019

Wspomnienia o konsekwencjach wagarów w pierwszy dzień wiosny

  
Dziś jest pierwszy dzień wiosny, który zawsze przypomina mi jedną z moich klas, bo w tym dniu poszła na wagary, gdyż wtedy był taki zwyczaj. Dzieci nie zdawały sobie sprawy z tego, że takie ucieczki z lekcji mogą być niebezpieczne. Bardzo się wtedy denerwowałam i martwiłam, choć nie tylko moja klasa wtedy pozwoliła sobie na taki wybryk.
   Na naszej klasie.pl jedna z moich uczennic, z którą do tej pory utrzymuję kontakt, napisała:


„Chyba to było w VI, a może w VII klasie…,
data – 21 marca.
A zrobiliśmy „coś”, czego w ‚tamtych czasach’ się nie robiło
ot tak sobie…
Zwialiśmy prawie całą klasą z lekcji, pozostała jedna osoba.
Czy pamiętacie notatkę, jaką sami sobie wpisywaliśmy do dzienniczka, a była ona dyktowana przez naszą kochaną wychowawczynię Panią (skasowałam nazwisko).
Ja do dziś pamiętam jej początek:
„Moja głupota posunęła się do tego stopnia, że…”
To były czasy!
Och! Jak tu wrócić do tamtych lat…
Pozdrawiam wszystkich, a szczególnie moją najlepszą wychowawczynię.
Później w swojej karierze uczniowskiej nie spotkałam równie cudownego pedagoga, polonisty, człowieka. A i moi synowie przez wszystkie lata szkolne nie mieli tego szczęścia”.
   To jeszcze nie wszystko, bo byłam tak wściekła, że kazałam mojej klasie przyjść do szkoły w najbliższą wolną sobotę i przeprowadziłam trzy lekcje: dwie języka polskiego i jedną matematyki. Moja uczennica, której imienia nie podaję, bo jest rzadko spotykane, pomyliła się, byli wtedy młodsi, bo na matematyce uczyłam ich o liczbach ujemnych po wcześniejszej konsultacji z matematyczką.
     Nie wiem, czy zrobiłam dobrze, czy też źle, ale było to za zgodą rodziców i pani dyrektor, a nawet woźnej, która otworzyła szkołę.
   Jak widać po wpisie mojej wychowanki, chyba uczniowie nie mieli pretensji, poza tym już nigdy  nie uciekli z z żadnych lekcji, a to
było moim celem. Też wtedy nie miałam wolnej soboty, ale to nie było ważne. Dzieci w grupie poza szkołą powinny zawsze być pod opieką osoby dorosłej, szczególnie teraz, gdy jest o wiele niebezpiecznej niż w tamtych czasach.
   Dodam, że gdy byłam w liceum, też zwialiśmy całą klasą, jednak wtedy byliśmy dużo starsi. Też nam się oberwało, ale już nie pamiętam, jak nas ukarano.